Rachel
Leżałam w pokoju, patrząc otwarcie w sufit, wypuszczając nerwowo nabrane wcześniej powietrze. Dziś, czyli dwudziestego pierwszego czerwca, miała dojść do mojego pokoju jakaś nowa dziewczyna. Przekręciłam się na bok, do ściany, próbując odrzucić od siebie napływające myśli.
Spojrzałam na zegarek, który znajdował się na marmurowym parapecie. Wskazywał godzinę czternastą. Moja współlokatorka miała przybyć lada chwila.
- Okej, Rach, będzie okej.
Wstałam i przyjrzałam się w lustrze. Niebieskie oczy były doprawione czarnym eyelinerem i tuszem do rzęs, czerwone włosy rozpuszczone, delikatnie podkręcone, czarna sukienka a'la bombka wraz z czarnymi zakolanówkami. Na stopach znajdowały się szpilki z kokardą. Ten wygląd bardziej symbolizował kobietę w czerni, bądź po prostu Goth lolitę, ale nie przejmowałam się - w szkole i tak obowiązywał czarny ubiór - nie ważne jaki, byleby był to pogrzebowy odcień.
Drzwi pokoju otworzyły się. Kątem oka zauważyłam dyrektorkę internatu - plastikową, Barbie, jak kto woli - Anabel.
- Dzień dobry. - Powiedziała, stojąc w progu drzwi. - To Twoja nowa koleżanka. Sądzę, że się zaprzyjaźnicie.
Dziewczyna z niechęcią weszła do pokoju. Spojrzałam na nią z uśmiechem, zaś ona z politowaniem. Zauważyłam u niej rude włosy i zielone oczy. Miała na sobie koszulę z krawatem, miniówkę i buty na obcasie. Wyciągnęłam z szafy czarną sukienkę na ramiączkach, i podałam współlokatorce.
Dyrektorka wyszła. Zamknęłam drzwi na klucz, kątem oka widząc, jak rudowłosa patrzy się na ciuch z przerażeniem.
- Dlaczego czarna? Jesteś gotką, satanistką, cokolwiek? - przemówiła, a ja założyłam ręce i przeniosłam ciężar ciała na lewą nogę.
- Taki wymóg, na nasze nieszczęście. Możesz korzystać z mojej szafy, póki nie dorobisz się swoich ubrań.
- Dorobisz? Słucham? - jej głos ociekał sarkazmem.
- Blondaska Cię nie wprowadziła w wymagania tego budynku? No tak, wybacz, ona nie myśli. Mogłam się tego spodziewać.
Wzięłam karty magnetyczne i włożyłam je do niewidzialnej dla oka kieszonki w sukience.
- Jak masz na imię?
- Emily.
- Rachel. Chodź, oprowadzę Cię.
Siedziałam właśnie w stołówce z chłopakami - Shanem i Valentinem. Obydwoje byli bliźniakami, choć mieli zupełnie odmienne charaktery i zainteresowania. Obydwoje jednak byli piekielnie przystojni.
Pierwszy z nich jest blondynem, z wyglądu przypomina Draco Malfoya z Harrego Pottera, jednak nikt nie uśmiechał się jak on - jego usta były małe i śliczne. Na pewno nie jedna rzuciła na nie oko. Delikatnie zbudowane ciało i piwne oczy.
Valentine za to był inny. - było w nim coś mrocznego. Coś, co nie jedną dziewczynę z tej szkoły przyciągało. Czarne włosy, ciemne oczy. Był podobny do brata, ale tylko z twarzy. Ciało też miał niczego sobie, był bardzo dobrze zbudowany, co samo w sobie pokazywało, jak często chodził na siłownię.
Dłubałam małe orzechy z mojej czekoladowej babeczki. Czując czyjąś rękę na moim ramieniu, obróciłam się by zobaczyć Emily. Jednak mnie odnalazła w tym rosnącym tłumie.
- Siadaj. - Poklepałam miejsce obok mnie. - Masz wszystko?
- Mhm.
- Nowa? - Odezwał się Shane, a Em posłała mu wrogie spojrzenie.
- To Emily, moja współlokatorka.
- Fiu fiu. Niezła. - Zripostował.
- Shane! - Warknęłam. - Daj jej się wpasować w klimat, a nie od razu jakieś romanse prowadzisz.
- Rach, spoko. - Podniósł ręce do góry, jakby był niewinny.
Popatrzyłam na Valentina - na jego twarzy widziałam głębokie skupienie. Wzruszyłam ramionami i kątem oka zerknęłam na resztki ciasteczka.